Jak rozkręcić restaurację? Czyli historia Shani Jani z Lublina #wywiad

Jak-rozkrecic-restauracje-czyli-historia-shani-Jani-z-Lublina__okladka-bold

Przyjechałem do Shani Jani chwilę przed Agnieszką i Katarzyną. Już na zewnątrz uderzył mnie ten sycący zapach przypraw i gotujących się potraw. Wszedłem na górę do sali. W środku mnóstwo ludzi. Przyjemny gwar rozmów.

Patrząc na to pomyślałem, że w Shani Jani osiągnęli to, o czym od początku marzyli. Pragnęli stworzyć przyjazne, rodzinne miejsce. Teraz Shani Jani wygląda tak jakby z pakistańskiej ulicy wycięto restaurację i wklejono ją na skrzyżowanie ulicy Solnej i Chopina w Lublinie.

Weszła Agnieszka. Od wejścia wszyscy jej szybko zdali raporty w kilku zdaniach. Jaka jest sprzedaż, jakie zamówienia, czy czegoś brakuje, czy coś się popsuło. Nawet nie musiała pytać. Widać, że Shani Jani jest dobrze zorganizowane w bardzo przyjacielskiej atmosferze. Ja bym się nawet pokusił o słowo „rodzinnej”.

Po tej krótkiej rozmowie z pracownikami wzięła szybko jakieś papiery. Usiedliśmy razem i w tym momencie przyszła Katarzyna. Chwilę później dołączył Falak i mogliśmy rozpocząć wywiad.

Nie zapominajmy też o Łucji, 10-letniej córce Agnieszki. Siedziała z nami i wcinała borówki, które mi przyniosła Katarzyna. Okazja, 8 zł za kilogram.

Wywiad z Agnieszką i Falakiem o kulisach prowadzenia restauracji pakistańsko-indyjskiej Shani Jani w Lublinie

Patryk: Aga! Powiem szczerze, nie mogłem się doczekać wywiadu z Wami. Pamiętam jak pierwszy raz spróbowałem potraw w Shani Jani i właściwie od tamtego czasu wiedziałem, że ludzie pokochają tę restaurację. Czy uważasz, że udało się Wam to osiągnąć?

Agnieszka: Wiesz co, chyba tak. Patrząc po opiniach w Internecie to naprawdę jesteśmy bardzo dobrze oceniani. Oberwało nam się trochę za poprzedni lokal, ale niestety nie mogliśmy od początku wystartować tak, jakbyśmy chcieli. Wiesz, nie byliśmy pewni, czy nam się uda utrzymać na rynku przez pierwszy rok. To był właściwie dla nas sprawdzian. Nie ukrywam, początki były straszne dla nas. Stresujące i niepewne.

Patryk: Wiem, początki są trudne, szczególnie jak ma się ograniczony budżet. Jak właściwie pozyskaliście fundusze na otworzenie Shani Jani?

Agnieszka: Jak to w życiu bywa. Kredyt, oszczędności i przede wszystkim pomoc rodziców i przyjaciół. Właściwie zaczynaliśmy od zera, czyli musieliśmy wyposażyć kuchnię, kupić elementy wystroju lokalu, wyremontować sam lokal, sprowadzić sporo oryginalnych rzeczy z Pakistanu, kupić oryginalny piec Tandoor… Oj dużo tego było.

Patryk: Pod względem organizacji podziwiam Was, bo właściwie nie mieliście pewności, że to się uda, a zaryzykowaliście. Nie mieliście doświadczenia w prowadzeniu restauracji. Wprawdzie Falak spędził wiele lat gotując w restauracjach w Polsce, a Ty całe życie coś organizowałaś. Choćby współprowadzenie Fundacji Towot Squat. Jednak nie było pewności, czy to wystarczy. Jedyna Twoja styczność z restauracją wcześniej to chyba, co najwyżej, organizowanie cateringu. Mam rację?

Agnieszka: Jeszcze pracowałam w Pubach w Anglii. A jeśli mowa o cateringu, to tak właśnie poznałam Falaka. Szykując catering na wystawę.

Patryk: … i macie restaurację. A kredyt jeszcze jest?

Agnieszka: Tak, jeszcze spłacamy.

Patryk: A zdradzisz ile Wam zostało do spłaty?

Agnieszka: Pewnie, czemu nie. To nie jest jakaś tajemnica. Jeszcze 80 tysięcy złotych.

Patryk: Łał, dla mnie szokująca kwota, no ale bez inwestycji nie ma zysku. Okej, dzięki za szczerość, ale zostawmy temat pieniędzy. Porozmawiajmy o tym, co kręci mnie i Katarzynę, czyli o marketingu. Czy uważasz, że na początku działalności restauracji jest niezbędny? Czy samo dobre jedzenie wystarcza?

Agnieszka: Teraz, jak każdy szuka jedzenia w Internecie, na telefonie, to jest właściwie podstawa. Na początku Klientów mieliśmy głównie z Facebooka, strony internetowej, map Google. To właściwie generowało na początku ruch. Wy przecież robiliście dla nas reklamę Facebook. Rozreklamowało nas też Pyszne.pl przez Google Ads. To się z czasem zwróciło. Właściwie nawet logo jest ważne. Często klienci zwracają uwagę, że mamy ładne i przyciągające wzrok logo. Zdarzało się, że zamawiając przez telefon na pyszne.pl kierowali się logo. Kiedyś nawet zadzwonił do nas klient z podziękowaniami za bardzo dobre jedzenia na poziomie restauracyjnym, a na koniec dorzucił „a wybrałem Państwa, bo mi się logo spodobało”.

Patryk: Z logo? Naprawdę się nie spodziewałem. Myślałem, że tylko ja firmy po logo wybieram. Jednak nie zbaczając z tematu. Restauracja ma już ponad rok? Czy uważasz, że marketing jest nadal potrzebny?

Agnieszka: Na pewno nie w takim dużym stopniu jak na początku, ale konieczny. Ciągle inwestujemy pieniądze w reklamę, grafikę, marketing. Chociaż dużo teraz nam daje marketing szeptany, czyli po prostu polecenia. Tego na początku nie mogliśmy kupić. Wyrobienie sobie dobrej opinii, wymaga czasu.

Patryk: Właśnie, opinia. Ludzie bardzo cenią Wasze jedzenie, stąd pytanie do Falaka. Jak to się stało, że tak piekielnie dobrze gotujesz? Osobiście uwielbiam Twoje potrawy i nie da się ich powtórzyć. I to nie tylko moja opinia, wystarczy poczytać komentarze w Internecie o Shani Jani.

Falak: Cały czas się uczę. Zacząłem gotować jak miałem 6 lat. Moja mama zmarła i byłem najstarszy w rodzinie. Żeby pomóc gotowałem dla ojca, sióstr i braci. Chodziłem wtedy często do ciotek, które pokazywały mi swoje przepisy i zdradzały tajemnice. Gdy mój tata wziął ponownie ślub, już nie musiałem gotować, ale nie zaprzestałem. Po prostu tak bardzo to lubię. Jakoś tak się złożyło, że wylądowałem w Polsce i gotowałem w różnych restauracjach. Szczerze powiedziawszy bardzo mnie to męczyło, bo wymagali ode mnie spolszczonych potraw. Zawsze chciałem otworzyć swoją restaurację i gotować tak jak umiem, jak w domu. Jednak obcokrajowcowi ciężko w Polsce otworzyć swój biznes, szczególnie bez kapitału.

Patryk: Ale poznałeś Agnieszkę i razem Wam się udało tego dokonać?

Falak: To nie był nasz cel od początku. Po prostu jeździłem po całej Polsce gotować w różnych restauracjach i to nas męczyło. Ciężko było się zgrać. Jakoś od słowa do słowa, ze wsparciem przyjaciół, udało się wspólnie otworzyć Shani Jani.

Patryk: Właśnie, czy to Ty wymyśliłeś nazwę Shani Jani?

Falak: Tak. Właściwie to źle wypowiadasz. Nie „Szani Jani” tylko „Szani Dżani”. Zeeshan to imię mojego najlepszego przyjaciela. Wszyscy do niego mówią „Shani”. „Jani” to znaczy przyjaciel, kochany, kumpel.

Agnieszka: Klienci w ogóle czasem się zakładają jak się wymawia Shani Jani. Właściwie przyjęło się bardziej „Szani Jani”. No ale z tym nie walczymy. Restauracja jest dla Klientów, więc niech decydują, jak chcą odczytać nazwę. Piszą nawet czasem pieszczotliwie chwaląc jedzenie „Szami Jami”.

Patryk: Wcześniej wybraliście lokal, żeby Was nie obciążył. Przechodziliście w sumie wielki test, czy Wasza kuchnia przyjmie się w Lublinie. Teraz macie duży, przestronny, jasny lokal. Powiedziałbym niebo a ziemia w porównaniu do poprzedniego. Minus to na pewno większa odległość od centrum i Starówki. Mimo to, czy zauważyliście jakiś wzrost zysków?

Agnieszka: Tak, jest lepiej. Na pewno więcej ludzi do nas przychodzi bo lokal jest po prostu wygodny. Mamy nawet teraz skromny ogródek. Wcześniej duża część zysku to były dostawy.

Faktycznie, poprzedni nasz lokal był męczący dla Klientów. Byliśmy świadomi tych wad i staraliśmy się przenieść jak najszybciej. Udało się po roku.

Jednak prawdziwy test nowej lokalizacji będzie, gdy wrócą studenci. Nie ukrywam, że nasza kuchnia ma wśród nich ogromne powodzenie. Czekamy więc z niecierpliwością na Październik!

Patryk: Pamiętam na początku, że planowaliście też otworzenie nowych restauracji w innych lokalizacjach. Niedługo kredyt będzie spłacony, więc będzie to możliwe. Czy plany są aktualne?

Agnieszka: Wiesz co… Kiedyś wydawało się to sensowne, ale boimy się, że staniemy się sieciówką i restauracja straci na jakości. Przepisy na nasze potrawy zna tylko Falak. Bardzo trudno znaleźć w Polsce dobrego i wykwalifikowanego kucharza kuchni pakistańskiej. To jego autorska kuchnia, którą dopieszcza. Praktycznie codziennie są nowe eksperymenty na chlebkach naan, żeby lepiej zachowywały się w dostawie. Kuchnia u nas ciągle się rozwija.

Falak: Nie wyobrażam sobie przekazywania przepisów. Nasi kucharze znają tylko część moich tajemnic. Zbyt dużo pracy w to włożyliśmy.

Patryk: No właśnie, ile na początku włożyliście własnej pracy w Restaurację? Mieliście czas na spanie?

Agnieszka: Powiem Ci szczerze. W życiu wiele rzeczy ogarniałam, ale nie spodziewałam się, że przy restauracji jest tego tak dużo. Na początku spędzaliśmy mnóstwo czasu w restauracji i wkładaliśmy w to ogromną ilość pracy. Najbardziej było mi przykro, że Łucję rzadko widywałam. Często dziadkowie się nią zajmowali.

Patryk: Łucja, tęskniłaś wtedy za mamą?

Łucja: Bardzo!

Po czym przytuliła Agnieszkę.

Patryk: No, ale teraz już masz więcej czasu?

Agnieszka: Tak, teraz już jest normalnie. Na początku musieliśmy jakoś się utrzymać. Po prostu nikt nas nie znał. Wychodzę też z założenia, że trzeba spróbować pracy na każdym stanowisku. Mnóstwo czasu spędziłam na dostawach, za barem, na sali. Dokładnie wiem, ile mogę wymagać od pracowników i gdzie są granice. To ułatwia pracę. Polecam każdemu właścicielowi firmy, żeby spróbował wszystkiego sam. Mało tego, pracując na równi z pracownikami stworzyliśmy naprawdę przyjazną atmosferę. Szanujemy naszych pracowników, a oni odwdzięczają się pracą.

Patryk: Podzielam Twoje zdanie, też z takiego założenia wychodzę. Wróćmy jeszcze raz do kuchni na chwilę. Pamiętam na początku, jak Falak strasznie zwracał uwagę na przyprawy i produkty. Nadal tak jest, są z tego jakieś problemy?

Agnieszka: Oj, strasznie zwraca na to uwagę. Chyba już czwarty raz zmieniliśmy ryż na jeszcze lepszy, wypróbowaliśmy mnóstwo przypraw z Pakistanu i Indii tego samego typu i zmieniliśmy trzeci raz dostawcę mięsa.

Falak: Bo ja gotuję tak, jakbym sam chciał zjeść. Kupuję ryż jaki sam bym chciał jeść. Mięso tak samo.

Agnieszka: Właśnie, trzeba zwrócić uwagę na mięso. Używamy mięsa halal, czyli z tak zwanego rytualnego uboju. Dla niektórych brzmi to strasznie, ale różnice są tylko dwie. Po pierwsze przy uboju odprawiane są modły, a po drugie mięso musi być po prostu świeże. Dosłownie jak to było kiedyś na wsi. Dziadek zabijał na przykład świnię i zaraz to mięso trafiało na talerz. Tak samo jest z halal. Przez te restrykcyjne zasady uboju to jest najświeższe mięso na rynku, bez ulepszaczy i dodatków, a dostawców blisko Lublina jest niewielu.

Patryk: Czy spotkaliście się kiedyś z jakimiś nieprzyjemnymi sytuacjami w Lublinie?

Agnieszka: Hmm… A tak! W starej lokalizacji ktoś podrzucił surowe mięso do śmietnika i był na nas donos. Miał być wzywany Sanepid, ale od początku wiedzieliśmy, że coś tu nie pasuje. Poprosiliśmy zarządcę o wyjęcie tego mięsa i pokazanie nam. Okazało się, że to wieprzowina, a my wieprzowiny nie serwujemy. Ktoś w ten sposób chciał nam narobić problemów. Nie udało się.

Patryk: Jejku, nie wyobrażam sobie jakimi pobudkami się musiał kierować. Naprawdę jestem w szoku.

Agnieszka: A to i tak nie najlepsza historia.

Patryk: No to może zakończmy wywiad w ten miły sposób. Po prostu zaproszeniem do Shani Jani. Zobaczcie jak wygląda od środka biznes Agnieszki i Falaka. Przy okazji spróbujecie naprawdę świetnego jedzenia. Zagadujcie śmiało, bo w końcu wszyscy chcemy tu spędzić miło czas w przyjemnej atmosferze.

Agnieszka: Dokładnie. Zapraszam Was, drodzy Klienci, do Shani Jani. Mogę opowiedzieć więcej ciekawych historyjek z życia restauracji.

Podsumowanie

Jeśli macie jeszcze jakieś pytania do Agnieszki i Falaka, odpowiedzą Wam w komentarzach do tego wpisu. Polecam jednak wybrać się do Shani Jani, bo naprawdę warto.

Do następnego!

Powiązane artykuły

Gotów na maksymalne wykorzystanie potencjału swojej marki?

Studio Graficzne Wzór to zdalny zespół świadczący usługi graficzne dla firm z całej Polski. Jesteśmy specjalistami w projektowaniu graficznym ukierunkowanym na zysk naszych klientów. Zapraszamy do kontaktu i omówienia szczegółów Twojego zlecenia.

Ekspresowa wycena

Wypełnij formularz

Wycenę otrzymasz dziś na swój e-mail